ręka noga mózg na ścianie

rating: 0+x

18%2Blogo.png

Ze względu na znajdujące tutaj treści, poniższa strona przeznaczona jest dla dorosłych czytelników. Jeżeli nie jesteś osobą pełnoletnią, prosimy o opuszczenie tej strony.


Tagi kontentu:
Brutalność, Gore


Na brzegu jego cofającej się linii włosów było oko.

Ślepe, swędzące, przekrwione i zaropiałe, ale kompletne, z mleczną źrenicą, powiekami i rzęsami. Odkąd wyrosło, w pracy chował je pod chirurgicznym czepkiem, a gdzie indziej pod czapką. Ale przez to bardziej tylko ropiało, zwłaszcza, że nie umiał nim mrugać na zawołanie, a niemożliwa narośl (choć czy można było to nazwać naroślą, jeśli był to dodatkowy organ, zmieniający kształt jego czaszki i wpijający mu się w sam mózg?) nie reagowała do końca na otrzymywane od mózgu impulsy, tak jakby nie była częścią jego ciała. Czasami tylko drgała spazmatycznie, a ruchy nadprogramowych mięśni przekładały się na leciutkie tiki prawdziwych powiek lewego oka.

Brudną ręką przetarł nieprzyjemnie miękką gałkę oczną, rozprowadzając tylko wysięk. W słabo oświetlonym, obskurnym pokoiku panował przenikliwy smród gnijących zwłok, słodkawa woń o natężeniu porównywalnym z opuszczonym polem bitwy oblegała jego zmysły. Zawartość żołądka cofnęła mu się do gardła i choć udało mu się opanować odruch, posmak kwasu i strawionego spaghetti pozostał mu w ustach. Trzasnął sam siebie po twarzy, żeby się opanować, i z rozpędu spojrzał w obryzgane lustro nad umywalką. Jęknął odruchowo, gdy zobaczył cień swojej zmęczonej, niezdrowej twarzy; jego skóra, obwisła i o niepokojącym, bladym odcieniu, wyglądała, jakby nie pasowała do czaszki, lub raczej jakby ktoś byle jak narzucił ją na szkielet i nie przejmował się napięciem odpowiednich linek. Na czole jednak, siłą rzeczy, skóra była jedynie lekko pomarszczona, i niechciane oko widoczne było jak na dłoni. Tfu, splunął, ładne porównanie. Żeby tylko nie wykrakać. Szybko przeniósł wzrok na obiekt swoich badań.

Pod ścianami leżały poćwiartowane trupy, w większości ukradzione z prosektorium, choć niektóre członki pozabierał ze świeżych grobów. Sam nikogo nie zabił; on był tylko hieną cmentarną, padlinożercą, zbierającym po drapieżnikach, gdy już się znudzili zabawą z ofiarą. Chował zdobycze w pokoiku, który kiedyś chyba był schowkiem technicznym, ale od dawna nieużywanym i zapomnianym przez resztę pracowników szpitala. Drzwiczki do niego ukryte były na końcu korytarza, za bojlerem, bardzo wygodnie znajdując się w jego cieniu i z dala od gołej żarówki na środku sufitu. Przystosowanie tego miejsca do swoich potrzeb nie zajęło mu wiele czasu; od pół roku czuł się tu jak u siebie w domu i nikt go nigdy nie nakrył.

Drżącą ręką złapał za uchwyt swojej torby lekarskiej, z której wyciągnął dwie nieświeże, spuchnięte dłonie i rzucił je na stos kawałków zwłok. W torbie znajdowała się jeszcze jedna część ciała, ale ledwo ją tam początkowo wcisnął i teraz miał problem z wyciągnięciem jej, zwłaszcza, że była w stanie dużo bardziej zaawansowanego rozkładu i jego palce ślizgały się po śluzowatej, miękkiej skórze. Męska miednica, w której zdążyły już zadomowić się larwy much, toczące ze smakiem martwe ciało. Dopiero gdy poczuł, że jedna z nich przełazi mu na rękę, ze wstrętem strząsnął ją na podłogę i zadeptał. Czerw rozplaskał się na podeszwie jego buta, pryskając wnętrznościami na jego lewą skarpetkę. Postanowił spróbować innego podejścia i obrócił po prostu torbę do góry nogami, po czym zaczął nią mocno potrząsać. Miednica wyślizgnęła się z torby i upadła głucho na ziemię.

Mężczyzna odwrócił się i przykucnął, poluzowując deskę w podłodze. W skrytce leżała stara księga, oprawiona w skórę i ze zjedzonym przez czas tytułem. Wytarł ręce o spodnie i wyjął ją, odkładając deskę na miejsce. Położył ją w umywalce — i tak była sucha, a wszystko naokoło brudne, zresztą nie miał stołu — i otworzył na odpowiednim ustępie. Usłyszał coś jak gdyby szepty, powiew wiatru lub po prostu głośniejszy szum krwi w uszach; bardzo lubił ten odgłos, działał na niego kojąco. Słyszał go zawsze, gdy otwierał księgę. Trochę jakby ona sama szeptała do niego, że robi dobrze, że jest na dobrej drodze, aby stworzyć coś niesamowitego i strasznego, coś, czego zawsze chciał. Mimo tego znów zebrało mu się na wymioty i tym razem nie udało mu się powstrzymać przewracających się wnętrzności. Nie mógł zrzygać się do umywalki, bo leżała tam książka, więc pochylił się po prostu w kącie i zwrócił wszystko na podłogę. Gdy podniósł się z powrotem, sięgnął do torby po skalpel i zaczął uważnie studiować diagram z księgi.

Wygrzebał ze sterty ciał kilkanaście różnych fragmentów, niepasujących do siebie ani trochę, ale takich, które w jego chorym umyśle mogły stworzyć jakąś całość; starał się nie patrzeć na martwe oczy głowy jakiegoś zmarłego wczoraj na zawał mężczyzny. Na każdym kawałku zwłok pieczołowicie wyrył znaki opisane w księdze: nie rozumiał ich i nie był nawet pewien, jak je opisać, ale zdawały się wypływać spod jego skalpela wręcz samoczynnie. Jakaś część jego umysłu, stłumiona przez uspokajający szum w uszach, była przerażona tym, że jego ręce ruszają się właściwie same. Nie była jednak wystarczająco silna, by przebić się przez zamgloną świadomość pracującego jak gdyby w stanie fugi chirurga.

Gdy oznaczył każdą część ciała, spojrzał niechętnie w lustro i uniósł dłoń dzierżącą skalpel do góry, celując ostrożnie w nienaturalne oko na skroni. Wziął głęboki oddech i gwałtownie opuścił rękę, wbijając ostrze w galaretowatą gałkę oczną. Pęknięty organ ochlapał go krwią, ropą i ciałem szklistym, a on wrzasnął, ale krótko, bojąc się, że hałas poniesie się po rurach i ktoś go usłyszy. Dysząc i jęcząc z bólu, pogrzebał skalpelem w dziwnym oku, aż udało mu się je wyskrobać z oczodołu. Resztki wcisnął do ust odrąbanej, oznaczonej głowy. Nachylił się nad księgą, z uwagą, by nie nakapać krwią na strony, i upewnił się co do dalszych instrukcji. Zagapił się na stertę poćwiartowanych zwłok przez minutę czy dwie, stojąc w stuporze, lekko zgarbiony. Ból z wydłubanego oka pulsował mu w czaszce, jego fale zgrywały się z szumem w uszach. Po chwili jednak obudził się z transu i ostatni raz sprawdzając księgę, zaintonował:

KISZ-UNU-GAL, tab-su… KISZ-UNU-GAL, tab-su… — powtórzył frazę łącznie czternaście razy, czując narastające podniecenie. Czternasty raz praktycznie wykrzyczał, nie myśląc już zupełnie o skrytości. Czuł plugawą, starożytną moc płynącą ze swoich ust, czuł obecność, która nasilała się w miarę wypowiadania zaklęcia. Zaczął oddychać rzężąc i stękając z gorączki, która go objęła, gdy zobaczył, że masa martwej tkanki przed nim zaczyna ruszać się sama z siebie. Dłonie podpełzły do nadgarstków, do pośladków uda, ale także ramiona, która poukładały się w losowych miejscach, pięć kończyn niedopasowanych do ciała. Głowa zadrżała i wystrzeliła w stronę jednego z ramion jak gdyby przyciągnięta przez magnes, przyklejając się pod dziwnym kątem i nie do końca w dobrym miejscu w stosunku do reszty torsu. Potwór zaczął wydawać z siebie niepokojący odgłos, coś pomiędzy warczeniem, terkotaniem i płaczem, gdy podnosił się z ziemi; oparł się na dwóch łokciach, trzech dłoniach i jednej stopie, a jego wykrzywiona cierpieniem twarz spojrzała z nienawiścią i bezsilnością na nekromantę przed sobą.

Mężczyzna poczuł, jak uginają się pod nim kolana, i padł na podłogę, ścięty niekontrolowanym chichotem. Nie chciał wierzyć, że to się udało; resztki logiki podpowiadały mu, że takie rzeczy nie istnieją, ale oto przed nim stała nienaturalna chimera, powstała dzięki jakiejś starożytnej mocy, którą przyzwał. Mógł tej chimery dotknąć. Podczołgał się do potwora i kierowany szeptami wcisnął mu palec w ucho, grzebiąc na siłę, aż przebił się do mózgu, raniąc sobie palce o odłamek czaszki. Wyszarpnął dłoń z wnętrza istoty, a pod jej krwawiące ucho podstawił ranę na skroni, tak, by jej plugawa posoka dostała się do jego ciała. Poczuł zimny dreszcz, gdy zgniła krew skapnęła mu w głąb czaszki.

Nagle znów upadł z krzykiem na podłogę, gdy przed oczami przeleciała mu seria bolesnych wizji: poskręcane ciała, ludzie-skorpiony, uczucie zjadania własnych wnętrzności, przyśpieszony rozrost plechy, wijące się robaki, miliony umarłych poukładanych w niedbałe sterty. To wszystko trwało jednak najwyżej sekundę, po czym ustało tak gwałtownie, jak się zaczęło. Odzyskał świadomość, czując, że oprócz własnymi rękami może poruszać rękami istoty, którą stworzył. Tak, jakby to była po prostu kolejna część jego ciała. Ostrożnie objął sam siebie.


Znowu wymiotował, tym razem nie mając nawet siły się podnieść i dławiąc się własnymi rzygowinami. Czuł jakąś dziwną wysypkę wyskakującą mu na udach. Jednak wokół niego było teraz więcej chimerycznych stworzeń, niektóre zbudowane po prostu z kilku ramion, nawet bez tułowia; trzy miały głowę.

Przewrócił się na bok i usiłował przeczołgać się do umywalki, by schować księgę z powrotem do skrytki. Miał jednak wrażenie, że coś jest nie tak, ale nie umiał stwierdzić, co dokładnie. Złapał się zlewu i podciągnął do góry, dopiero po kilku sekundach orientując się, że uczucie niepokoju miało bardzo konkretne źródło: księgi nie było tam, gdzie ją kładł.

Panika objęła jego zniszczony umysł. Począł rozglądać się chaotycznie po otoczeniu, ale nigdzie nie zauważył przedmiotu. Adrenalina dodała mu przynajmniej trochę sił. Zerwał deskę, pod którą zwykł trzymać książkę, ale skrytka była pusta. Rozkazał monstrom się cofnąć, przesunąć, ale żadne z nich na niej nie stało. W końcu potknął się o własne nogi i znów upadł, krzycząc nieskładne przekleństwa. Krótko zaszlochał, ale chwilę później dotarło do niego, że nadal słyszy kojący szept; być może już nie potrzebował księgi, skoro jej moc w nim została. Tak, przecież jego ręka nadal wiedziała, jaki znak wyciąć w martwym mięsie, jego usta nadal wiedziały, co wymówić czternaście razy. Wszystko jest w porządku, mówił sobie.

Jego spokój nie potrwał długo; wkrótce usłyszał z rzadko uczęszczanego korytarza kroki.


https://www.youtube.com/watch?v=kr2X_VeyD9A

Unless otherwise stated, the content of this page is licensed under Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License